Strona domowa użytkownika

Zawiera informacje, galerię zdjęć, blog oraz wejście do zbiorów.
[awatar]
Erna
Najnowsze recenzje
1 2 3 4 5
...
33
  • [awatar]
    Erna
    Międzywojnie to jeden z najciekawszych fragmentów naszej historii. Niektórzy uznają, że ten temat został „zajechany na śmierć”, poprzez całą masę pozycji traktujących o najróżniejszych kwestiach. Czasem trafiamy na przejaskrawione seriale, gdzie urocze damy noszą wyłącznie perły, futra i opaski z piórkiem, a towarzyszący im detektywi rozwiązują strasznie pogmatwane sprawy. A okazuje się, iż rzeczywistość chwilami była o wiele bardziej interesująca od wymysłów scenarzystów. I zdecydowanie brutalniejsza. Z ogromną chęcią sięgnęłam po najnowszą książkę Kamila Janickiego, traktującą o dawnych zbrodniach. O samym autorze słyszałam oraz czytałam dużo dobrego, więc w końcu nadarzyła się okazja, aby skonfrontować cudze opinie z moją. I, muszę przyznać, iż w pełni zgadzam się ze wszystkimi osobami, które zachwalają Janickiego. Od „Seryjnych morderców II RP” wręcz trudno oderwać wzrok, a po skończonej lekturze nadchodzi chęć na ponowne przeczytanie kilku akapitów. • Myślę, że na uznanie zasługuje ogrom pracy, jaki autor włożył w stworzenie swojej książki. Wiele godzin spędzonych nad starymi aktami, wycinkami z gazet, poszukiwaniem śladów — i, proszę mi wierzyć, mimo cyfryzacji, to wszystko nie jest aż tak proste, jak mogłoby się wydawać. Potrzeba sporo uwagi do oddzielenia istotnych informacji od przysłowiowego „lania wody”. Dlatego całość czyta się szybko, poszczególne historie przypominają świetnie napisaną powieść. A mamy do czynienia z prawdziwymi zbrodniami, chwilami mrożącymi krew w żyłach. Niektórzy mordercy mieli dość wyrafinowaną fantazję, często skierowaną przeciwko kobietom, ale należy pamiętać, iż również one potrafiły być okrutne… • Ciężko było mi (jak wielu innym) spokojnie przeczytać o zabójstwach dokonywanych na niemowlętach. A wyjątkowo bulwersująco wypadały wyroki sądów, strasznie zero-jedynkowe: albo niewinność, albo śmierć. Same procesy sprawiały wrażenie teatralnych, wypełnionych dramatycznymi gestami, omdleniami i nieoczekiwanymi zwrotami akcji. Nic dziwnego, że inspirowały różnych twórców. Ludzie, spragnieni tej wątpliwej rozrywki, gorąco dyskutowali przy obiadach, na ulicach, często kłócąc się między sobą, spierając o racje. Gładko przechodzimy do kwestii ówczesnych mediów, a konkretniej — międzywojennej prasy, będącej prawdziwym „sędzią”… • Co ciekawe, to właśnie gazety potrafiły konsekwentnie kierować uczuciami. Dziennikarze tłumnie przybywali na procesy, opisując je w niezwykle kwiecisty sposób, docierając do rzekomych świadków wydarzeń, ludzi powiązanych ze sprawcami lub ofiarami. Niestety, artykuły miały ogromną moc oddziaływania, do tego stopnia, że na ławę oskarżonych trafiali nieszczęśnicy pomawiani, obrażani, bez szans na konkretną obronę. Nawet w chwili, gdy zostali uniewinnieni, nadal ciążyło nad nimi widmo już wydanych gazet, w których jasno wskazywano ich jako winnych. Kamil Janicki bardzo umiejętnie nakreślił te, całkiem liczne, sytuacje. Tym samym sprawił, że jego publikacja naprawdę poszerza horyzonty w różnych dziedzinach. Frapujące, zdecydowanie godne przeczytania. • „Seryjni mordercy II RP” to pozycja warta uwagi, zwłaszcza dla każdego miłośnika historii. Idealna na długie jesienne wieczory, gdy jesteśmy znudzeni nowym sztampowym horrorem. Autor stworzył książkę trzymającą w napięciu aż do ostatniej strony, okrutnie fascynującą, ale też przerażającą ze względu na swój realizm. Do tego sporo zdjęć, fragmentów z autentycznych notatek prasowych lub policyjnych, więc po raz kolejny podkreślam świetną pracę, jaką wykonano. Rzetelną, pozbawioną „suchych faktów”. Proszę nie obawiać się nudy, bo ta nie istnieje!
  • [awatar]
    Erna
    Z najświeższych obliczeń wynika, że po raz piąty sięgam po książkę autorstwa Nory Roberts, a cała masa jeszcze przede mną. Ale tym razem już opuszczamy świat książąt, księżniczek i ich miłostek. Nie ukrywam, polubiłam poprzednie fabuły, bohaterów, skomplikowane relacje rodzinne oraz wszelkie perypetie. Jednak nadszedł czas na zmiany — poznajemy niejaką Catherine. Lato odchodzi, lecz mamy do czynienia z dość wakacyjną lekturą, przyjemnie rozgrzewającą w ostatnio chłodne dni. Tak, twórczość Roberts jest, moim zdaniem, dobrą odskocznią od rzeczywistości, problemów, pomaga się odprężyć, gdy najbardziej potrzebujemy. odrobiny spokoju. Oczywiście, w tego typu literaturze trafiamy na pewne absurdy, banały albo niedorzeczności, aczkolwiek zazwyczaj przyjmujemy je z przymrużeniem oka. Nie bawią w złośliwy sposób, raczej „uroczy”, trochę bajkowy. A teraz skupmy uwagę na tytułowej bohaterce, jej ukochanym. Mała doza skromnych przemyśleń… • Schemat wygląda klasycznie: mamy damsko-męski duet, który na początku pała do siebie niechęcią. A im bardziej robią sobie na złość, tym mocniej się zakochują. Wiem, brzmi podobnie do wielu innych powieści. Lecz C.C. (to przezwisko Catherine) jest wyjątkowo sympatyczna, polubiłam ją, dzięki czemu zaciekawiły mnie jej dalsze losy. Trzymałam kciuki za szczęśliwe zakończenie i pomyślałam, iż fajnie byłoby rzeczywiście poznać taką osobę! Dowcipną, bystrą, wrażliwą, ale też silną. Trochę laurka, jeśli mam wymienić jakąkolwiek wadę, to chyba ogromny temperament! • Całość napisano prostym językiem, bez silenia na żenujące wyznania miłości. Dialogi wypadają naturalnie. Na uwagę zasługują opisy otoczenia, niezbyt rozwlekłe, aczkolwiek bardzo obrazowe, przenoszące czytelnika w sam środek historii. Tak, jakbyśmy obserwowali poczynania postaci będąc bliską im osobą, stojącą z boku, pozbawioną możliwości ingerencji, lecz żywo zainteresowaną wszystkim, co się dzieje. Dlatego książkę przeczytałam tę szybko, zajęła mi dwa wieczory, a wielu pewnie skończy ją w zaledwie kilka godzin. A jej miła atmosfera na trochę pozostanie w pamięci. • Sposób, w jaki powieść nakreśla dwie różne epoki potrafi zaciekawić. Tragiczna historia miłosna Christiana i Bianki, połączoną z tajemnicą zaginionego naszyjnika, to interesujący dodatek do głównej osi akcji, a ja zawsze przepadałam za retrospekcjami, zespojeniem przeszłości z tera­źnie­jszo­ścią­. Wpleciono nawet… duchy, co może niektórym nie przypadnie do gustu, jednak zapewniam — owe fragmenty trudno określić „żenującymi”. Natomiast relacja C.C. i Trenta jest po prostu słodka! Gdy opada między nimi wojenny kurz, zaczynają traktować siebie nawzajem troszkę staroświecko, a równocześnie niewinnie, romantycznie. Owszem, uczucie wybucha szybko, co łatwo zrozumieć, spoglądając na liczbę zadrukowanych kartek. Nie stracono ani chwili. • Podsumowując, wydaje mi się, że „Catherine” rozpoczyna całkiem fajny cykl! Z przyjemnością sięgnę po kolejne tomy i już zacznę ich wypatrywać. A mam wrażenie, iż pojawią się stosunkowo często, patrząc na odstępy czasu między poprzednimi książkami. Jeśli lubicie literaturę lekką, sprawiającą sporo radości przy czytaniu, to zdecydowanie musicie zapoznać się z twórczością Nory Roberts. Wypada naprawdę dobrze w porównaniu z mnóstwem wspó­łcze­śnie­jszy­ch autorek, nie traci na aktualności, więc rozumiem jej fenomen, na który pracowała przez lata.
  • [awatar]
    Erna
    Miesiąc temu obchodziliśmy kolejną rocznicę Powstania Warszawskiego. Mijają lata, ale ta konkretna data nadal wzbudza w ludziach ogromne emocje. Świadkowie ciągle żyją, choć wielu, niestety, odeszło. Pokolenie, powolutku przemijające. Dlatego tak ważne jest utrzymanie pamięci. A literatura to znakomity nośnik, więc z niemałą przyjemnością sięgnęłam po najnowszą książkę Agnieszki Cubały. „Spotykamy się” już po raz drugi, poprzednie wydawnictwo naprawdę mi się spodobało, o czym pisałam w recenzji. Jeśli kogoś interesuje, proszę poszperać. Wówczas autorka skupiła się na temacie szeroko pojętej miłości, a tym razem oddaje głos kobietom. Różnym, których wspólną historią jest właśnie Powstanie… Bardzo ciekawe, ponieważ uważam, iż potrzebujemy publikacji poświęconych stricte płci żeńskiej, ich spojrzeniu na wojnę. Były jej istotną częścią, odważnymi żołnierkami, bohaterkami, czasami tracącymi po prostu wszystko. Dosłownie, wszystko. Słuchajmy tych słów… • Cubała skupiła uwagę nie tylko na znanych postaciach: Danucie Szaflarskiej lub Annie Świrszczyńskiej. Ich historie znałam wcześniej, chociaż nie aż w takich detalach. Jednak najmocniej frapowały mnie wątki dedykowane zwyczajnym kobietom, które pewnego dnia musiały porzucić marzenia, stanąć ramię w ramię przeciwko wrogom. Głodne, zmarznięte, często pozbawione zaspokojenia podstawowych potrzeb człowieka. Martwiące o przyszłość swoją i swoich dzieci. Z perspektywy lat te obrazy nadal budzą trwogę, a w moim przypadku, również spore zdziwienie. Skąd one brały siłę!? Bezimienne dziewczyny, ponad życie ceniące godność. Bo wyłącznie ją miały na własność, gdy miasto powstawało oraz upadało. • Na uwagę zasługuje ładne wydanie, wypełnione zdjęciami, nadającymi tekstowi jeszcze większą dawkę realizmu, choć same opisy są dostatecznie sugestywne, mocne, szokujące. Z kart książki spoglądają na nas prawdziwi ludzie. I mocno działa na psychikę uświadomienie, przez jakie horrendalne piekło przeszli. A raczej, przeszły. Wiele z nich umiało wyobrazić sobie śmierć, w końcu towarzyszyła im niczym dobra kompanka. Ale gwałt wzbudzał grozę. Myślę teraz o kobietach, dekadami niepotrafiącym mówić o swoim bólu, a nosiły go na barkach, samotnie. • Wracając do znanych uczestniczek Powstania, w jednym z wywiadów Agnieszka Cubała stwierdziła, że wyjątkowo nią wstrząsnęła biografia aktorki, Małgorzaty Lorentowicz. Gdy byłam dzieckiem, to lubiłam ją oglądać w popularnym serialu „W labiryncie”. Ta starsza pani imponowała mi emanującą od niej siłą, której wówczas nie umiałam sobie wytłumaczyć. Teraz już wiem, właśnie dzięki recenzowanej aktualnie pozycji, z czym musiała się Małgorzata zmierzyć. Gehenna nie minęła po wojnie. Lorentowicz dołączyła do Polskiego Czerwonego Krzyża, działu grobownictwa, gdzie pomagała w identyfikacji zwłok koleżanek, kontaktował z ich rodzinami. Dopiero praca w teatrze, później na planach filmowych, dawała jej namiastkę ukojenia… • „Kobiety ’44” to bardzo przejmująca, ale piękna lektura. Autorka podeszła do opisywanego przez siebie tematu z ogromnym szacunkiem, zain­tere­sowa­niem­, co przełożyło się na jakość książki. Rekomenduję każdej osobie, którą ciekawi zagadnienie Powstania Warszawskiego od różnych stron. Również czytelnikom poszukującym publikacji wciągającej oraz wzbudzającej emocje. Tak, jak już wspominałam wyżej, uroniłam kilka łez, dlatego polecam trzymanie chusteczek, bowiem jestem pewna, że Wy też poczujecie to, co ja. Czekam na kolejne pozycje sygnowane nazwiskiem Agnieszki Cubały.
  • [awatar]
    Erna
    Oto kolejne spotkanie z twórczością Diany Palmer. I znowu zostałam wprowadzona w rozgardiasz! Autorka napisała tyle książek pod tyloma różnymi pseudonimami, że można skrobnąć na ten temat pracę doktorską. To w jakiś niezrozumiały sposób fascynujące. Owszem, jej powieści są zbudowane w ramach pewnych schematów, lecz, mimo wszystko, umiem docenić aż tak szeroką wyobraźnię. Wspominałam przy okazji poprzedniej recenzji, ale jeszcze przypomnę, że Palmer (właściwie: Susan Spaeth Kyle) podpisała się pod kilk­udzi­esię­ciom­a pozycjami. Trochę zwolniła tempo, jednak dalej publikuje, nieustannie poszerzając grono swoich miłośników. O nowe pokolenie. „Dżinsy i koronki” pierwotnie zostały wydane przez Dianę Blayne, w Polsce ciągle Palmer, czemu kibicuję, ponieważ oszczędza się czytelnikom zbędnego mętliku, gdy zechcą sięgać po większość ilość jej książek. Cóż, dodatkowo, to duży komfort dla pracowników księgarni. Wyobrażacie sobie wieczne bieganie między regałami!? • Parę naszych głównych bohaterów, Bess i Cade, dzieli pozornie wszystko. Ale, jak wiemy, przeciwieństwa się przyciągają, a ta młoda kobieta dosłownie traci głowę dla przystojnego Hollistera. Napotykają różne perypetie, które komplikują ich i tak trudną relację. Czyli, dosyć klasycznie. Łatwo przewidzieć zakończenie, aczkolwiek nie psuje to przyjemności z lektury. Mamy do czynienia z powieścią lekką, całkiem fajną, wręcz stworzoną do wypełniania nudnych wieczorów. Kojarzy mi się ze starymi serialami, naiwnymi, ale sprawiającymi, że w głupi sposób ciężko oderwać wzrok od ekranu. Naciągam komplement? Myślę, iż sporo osób przyzna mi rację. • Autorka odrobinę siliła się na przemycenie kilku prawd życiowych, z czego najważniejszą może być fakt, że nic nie trwa wiecznie, oprócz szczerego uczucia! Majątki ulatniają się niczym sen złoty, przyjaciele odwracają oczy, a emocje istnieją, będąc podporą w koszmarnych problemach. Brzmi banalnie, wiem, chociaż doceniam próby spuentowania historii czymś poważnym, pomimo lekkiego przegadania tematu. Naturalnie, rzeczywistość wygląda bardziej skomplikowanie, lecz wszyscy rozumiemy, jednym z zadań literatury jest umiejętność pocieszenia, pokazania złych momentów w lepszym świetle. Danie nadziei na pozytywną przyszłość? Również. • Perypetie naszego duetu obserwuje się z ciekawością, aczkolwiek przyznaję, zgrzytało mi podejście Cade’a do Bess. Tak, miał być ostrym macho, próbującym zniszczyć w sobie uczucia, ale cielęce oddanie kobiety chwilami działało mi na nerwy, podchodząc pod jakiś rodzaj syndromu sztokholmskiego. Słaba inspiracja, nie polecam brać z niej przykładu. A Bess to naprawdę miła dziewczyna, wcześniej tłamszona przez apodyktyczną matkę, a później ukochanego. Szczerze jej współczułam, poniekąd rozumiejąc przywiązanie do wybranka. Mimo tego, ich wspólna droga w oczach mej wyobraźni wyglądałaby zupełnie inaczej, bardziej feministycznie, jeśli mogę użyć podobnego określenia. Książka niewątpliwie wzbudza emocje, różnorakie, a z pewnością nie nudzi. • Osoby, które już znają twórczość Palmer i ją lubią będą zadowolone. Wiedzą, czego się spodziewać. Natomiast czytelnicy chcący dopiero rozpocząć przygodę z autorką powinny zacząć od poprzednich publikacji, inaczej mogą poczuć rozczarowanie. Podkreślę też jeszcze raz, że musimy pamiętać o tym, iż na „Dżinsy i koronki” warto patrzeć przez pryzmat innych czasów. Trzydzieści lat temu świat był negatywnie prostszy, przymrużmy oko momentami zadziwiające szczegóły. I poczekajmy na następne pozycje, zapewne wkrótce się ukażą!
  • [awatar]
    Erna
    Piotr Kościelny awansuje na jednego z najbardziej interesujących współczesnych pisarzy polskich. To stwierdzenie opieram na całej masie pozytywnych recenzji dotyczących jego książek. W końcu nadszedł czas, abym ja sama mogła wyrobić sobie własne zdanie, przy okazji premiery nowej powieści, zatytułowanej prosto — „Zaginiona”. I tutaj przychodzi zaskoczenie, ponieważ opinie są teraz dość mieszane. Dlatego tym mocniej zaciekawiła mnie ta publikacja, lubię niej­edno­znac­znoś­ć. Już po skończonej lekturze muszę przyznać, że w sumie rozumiem pewien fenomen autora. Bo pisze naprawdę nieźle, co może wyczuć nawet taki laik w kwestii thrillerów, jak ja. Zawsze uważałam, iż najważniejszą zaletą tego typu książek jest umiejętność trzymania czytelników w napięciu. A właśnie to dostajemy. Fabuła była frapująca aż do zakończenia. Czego chcieć więcej? A, znajdzie się kilka kolejnych dobrych cech, o których wspomnę za moment… • Całość napisano dość surowym językiem, choć jednocześnie dbałym o szczegóły, tak ważne dla akcji. Autor ma dar do przenoszenia czytelnika w wykreowany świat. Odnosi się wrażenie, że rzeczywiście patrzymy na przedstawione otoczenie oczami bohaterów, idziemy tymi samymi ścieżkami. Duszna atmosfera, wzbudzająca poczucie niepokoju, nieb­ezpi­ecze­ństw­a czyhające na każdym kroku… Dlatego sądzę, iż tę książkę najlepiej czytać późną nocą, gdy nie musimy rano się zrywać z łóżka. Wówczas maksymalnie wyciągniemy z powieści to, co najistotniejsze. Sporo wątków wydaje się być początkowo fantazyjnymi, ale prędko rozumiemy, że tam wszystko jest możliwe. Zadbano o dużą dozę niespodzianek! • Właściwie, „Zaginiona” w pewien sposób smuci. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, lecz trzeba przyznać, iż Piotr Kościelny nie bawi się w słodziutkie momenty, gdzie bohaterów ochrania niewidzialny pancerz, ratujący ich z każdej opresji. Trochę łez, trochę złamanych życiorysów. Tak, jak wszystko wygląda naprawdę. W gruncie rzeczy, mamy do czynienia z powieścią całkiem realistyczną. Wszakże Kościelny od lat działa w branży dete­ktyw­isty­czne­j, zna to środowisko od podszewki, przy pisaniu zdecydowanie korzystał z własnych doświadczeń. Jak mógłby inaczej? • Tomasz Świderski, czyli bohater próbujący rozwikłać główną zagadkę, to postać po brzegi wypełniona osobistymi problemami. Walczy z alkoholizmem, a sprawa zaginionej Agnieszki jest dla niego swoistym bodźcem do ostatecznego pokonania nałogu. Wiem, że wielu narzekało na zbyt banalny wątek, jednak moim zdaniem, „Świder” został fajnie rozpisany. Nieco lepiej od naszego „ukochanego” psychopaty, chwilami mało roztropnego. Zabrakło mi szerszej perspektywy na aspekty psychologiczne, które zawsze mnie frapują. Nie tylko mnie, zresztą. Aczkolwiek interesująco wypadł Krzysztof, ofiara systemu, będący jasnym dowodem na fakt, jak łatwo można zniszczyć komuś życie. Znamy podobne przypadki z mediów, choć ciągle wydają się nierealne. Nic bardziej mylnego… • Krótkim słowem podsumowania, „Zaginiona” Piotra Kościelnego to idealna propozycja dla wszystkich fanów thrillerów, nawet tych osób, które są już doskonale zaznajomione z gatunkiem. Cieszy mnie, że polscy autorzy zaczynają dorównywać słynnym Skandynawom, gdy chodzi o „powieści z dreszczykiem”. Będę obserwować dalszy rozwój kariery pisarza, trzymam za niego kciuki i myślę, iż ma w zanadrzu jeszcze sporo pomysłów na kolejne fabuły. Klasyczne kryminały, ale posiadające w sobie głębię, odrobinę wzruszeń…
Ostatnio ocenione
  • Serce jak głaz
    Palmer, Diana
  • Spadek
    Dmowska, Beata
CheshireCat
Apsik
KrakowCzyta.pl to portal, którego sercem jest olbrzymi katalog biblioteczny, zawierający setki tysięcy książek zgromadzonych w krakowskich bibliotekach miejskich. To miejsce promocji wydarzeń literackich i integracji społeczności skupionej wokół działań czytelniczych. Miejsce, w którym możemy szukać, rezerwować, recenzować, polecać i oceniać książki.

To społeczność ludzi, którzy kochają czytać i dyskutować o literaturze.
Przeglądając publikacje na temat niedawno wydanych książek, natrafiłam • na rekomendację Córki zegarmistrza Kate Morton. Przyznam, że słyszałam wiele dobrego o tej autorce, jednak nigdy wcześniej nie sięgnęłam po którąś z jej książek, aż do teraz. I muszę przyznać, że jestem mile zaskoczona. Misternie spleciona fabuła, charakterystyczne, intrygujące postacie, wątek kryminalny, nieco metafizyki i fantastyki. • Akcja książki rozgrywa się w Anglii,autorka przenosi nas w czasie, przeplata wiek XIX i XX oraz współczesność – to bardzo ciekawa koncepcja powieści. Morton w sposób umiejętny i przemyślany lawiruje między czasami łączy losy wielu bohaterów. Jedną z głównych postaci jest Elodie Winslow, młoda archiwistka, która porządkując dokumenty, w jednym z archiwizowanych pomieszczeń znajduje torbę. Niezwykłe znalezisko zawiera w sobie szkicownik i starą portretową fotografię. Zaintrygowana rysunkami, prze­dsta­wiaj­ącym­i znany jej z opowieści rodzinnych dom, oraz portretem młodej kobiety trafia na pełną tajemniczych zdarzeń historię, która ma związek z piękną wiktoriańską posiadłością Birchwood Manor, położoną w malowniczym Oxfordshire. Tam, w 1852 roku, znany malarz Edward Radcliffe przybywa wraz ze znajomymi, by szukać natchnienia. W zagadkowych okolicznościach ginie wówczas narzeczona artysty, znika także klejnot rodowy i pewna tajemnicza kobieta. Co tak naprawdę wtedy się stało? I dlaczego dawna sprawa musiała czekać aż sto sześćdziesiąt pięć lat na rozwiązanie? Ciekawie prowadzona narracja wciąga i zachęca do czytania, i poznawania tajemniczej historii sprzed lat. Zaskakująca jest też jedna z bohaterek (narratorka), ale o niej dowiecie się więcej, czytając tę niezwykłą powieść. • Anna Jędrzejowska • Biblioteka Kraków
foo